środa, 7 grudnia 2016

„Przedświąteczny nastrój”

 Zima, jak zawsze nas zaskoczy. Albo za wcześnie, albo za późno spadnie pierwszy śnieg i, i tak i tak będzie powód do narzekania. Ten początek najzimniejszej pory roku jednak miał być nieco inny. Dałam namówić się mojemu mężowi, Grzesiowi, na zimowy wyjazd.
-Spakowana?
-Już? No co ty taka szybka nie jestem, a co Ty już?
-Oczywiście! - odrzekł mój ukochany
Zaraz to sprawdzę kochany - pomyślałam
-Szczoteczka do zębów jest?-zapytałam kąśliwie
-Ach zapomniałem!
-Pasta jest?
-Nie no nie ma, skoro nie spakowałem szczoteczki…
-Skarpetki? Zawsze zapominasz…
-Zawsze…-odparł Grześ i pomaszerował do szuflady z bielizną
-Z tego co pamiętam miałeś wziąć jeszcze płyty świąteczne do auta
-Miałem i nie wziąłem…
Patrzył na mnie jak poszkodowany szczeniak, próbując przekazać mi „nawaliłem, napraw to”.
-Dobra, poddaję się, jak zawsze o wszystkim pamiętasz. Co jeszcze miałem wziąć?
-No a kto inny jak nie ja będzie pamiętał o twoich rzeczach? Dobra pakuj to co leży na łóżku, a ja sprawdzę co wziąłeś, a co zapomniałeś…
Wiem, czasami postępuję z nim jak z dzieckiem, ale jak widać metoda działa. Jednak nie wykorzystuję tego, Grześ jest najwspanialszym mężczyzną na świecie i to, że nie potrafi się pakować, tego nie zmieni.

-Ale muszę ci się pochwalić, przygotowałem nasz samochód do długiej i mroźnej trasy! - krzyczał mój ukochany z sąsiedniego pokoju
-Nooo, to jest najważniejsze!
Po około 20min byliśmy spakowani.
-Jesteś wariatem kochanie, serio. Kto planuje weekend w godzinę? Mało tego, weekend który zacznie się dopiero za 270km???
-Ja - odrzekł dumny Grzegorz
-Tak… - odparłam wypuszczając powietrze ze płuc – że też tak łatwo udało ci się mnie namówić… chyba muszę cię mocno kochać
-nie wątpię w to – uśmiechnął się

Spakowaliśmy bagaże, płyty, kilka przekąsek na drogę i termos gorącej kawy. Idealnie. Czas w drogę.
-Hmm… na pewno wszystko wzięliśmy? - pytam zaniepokojona, gdy ruszyliśmy już w trasę
-Tak. Na pewno.
-Cholera! Suszarka dl włosów! Przy takiej temperaturze włosy będą schły 3 godziny…
-Nie przesadzaj, wyjechaliśmy już z miasta i na pewno nie będę się wracał. Poza tym, gdzie masz się spieszyć?
-No racja. Drzwi zamknąłeś na dwa zamki?
-Tak, kochanie, uspokój się, jedziemy na dwie noce… - Grześ próbował wprowadzić spokojną atmosferę
-Wiem, wiem, ale nigdy nie wyjeżdżamy tak daleko na więcej niż jedna noc
-Tak, właśnie dlatego się tak denerwujesz nie wiadomo czym. Spokojnie. To będzie niezapomniany weekend
-Wieeem! - ucałowałam go w policzek tak mocno aż zboczył kierownicą na lewy pas, ale na tyle niewiele, że sytuacja była cały czas pod jego kontrolą

Jechaliśmy tak, słuchając w radiu w kółko „What the world needs now” i „Driving Home For Christmas”, chociaż doskonale wiedzieliśmy czego świat potrzebuje i  wcale nie jechaliśmy na święta do domu. Święta miały być dopiero za tydzień, a my tymczasem żyliśmy czymś zupełnie innym. Zamiast poddawać się szaleństwu zakupów, sprzątania i innych sztucznie napędzanych przez ludzi czynności, woleliśmy się oderwać. Przysłowiowo „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
Jadąc ośnieżonymi lasami po oblodzonych drogach z jednym pasem, spoglądałam co chwilę na Grzesia, czy też ma taka zadowoloną minę. I miał, co chwila postukiwał palcami o kierownicę w rytm muzyki, kiwał głową i sam do siebie się uśmiechał.  W aucie było cudownie miło, przekąski, ciepła kawa, temperatura idealnie ciepła i muzyka, która wprawiała w cudowny nastrój! Zupełne oderwanie się od rzeczywistości, mogłabym jechać tak i jechać na drugi koniec świata…
Taka atmosfera sprzyja marzeniom, relaksowi i zadumie. Od razu wyobrażałam sobie miłe chwile i to co nas czeka tam, czyli w dalekiej wsi w Bieszczadach.
Na zdjęciach obiekt wyglądał jak z bajki. Ośnieżone wszystko dookoła, na parkingu kilka aut, drewniany dom. W środku pokoje i apartamenty. My wzięliśmy apartament z kominkiem i widokiem na Tarnicę. Oddałam się rozmyślaniu i podziwiałam coraz wyższe górki pojawiające się na horyzoncie.
Właśnie spełniały się moje marzenia.

-Skarbie… Ziemia do Karoli… - wybudzał mnie z głębokiego snu Grześ kiedy stanęliśmy przed pensjonatem „Królewiec” na samym końcu Bieszczadów.
-O kurczę… jak tu pięknie…
Wysiadłam pełna zdumienia jak w jakimś transie. Nie mogłam napatrzeć się na te widoki, chciałam je wszystkie naraz pochłonąć, wziąć do siebie, zachować i zapamiętać.
-TU JEST CUDOWNIE! - wykrzyczałam
-Kari… cieszę się, że jestem częścią Twoich spełnionych marzeń - przytulił mnie Grześ i pocałował w usta
-Jesteś i będziesz – przytuliłam go mocno
-Uwielbiam Cię taką. A teraz chodź bo zmarzniesz, zobacz, dosłownie wybiegłaś z samochodu w samym swetrze, ubieraj się szybko
-Ach, tak, tak
Grześ wziął nasze dwie torby, a ja zamknęłam samochód.
W malutkiej i przytulnej recepcji, grzanej kominkiem i oświetlonej malutką lampką dającą ciepłe żółte światło siedziała kobieta.
-Witam Państwa serdecznie w naszych skromnych progach
-Dzień dobry, mieliśmy rezerwację na dwie noce, apartament pierwszy - przywitaliśmy się, a ja przedstawiłam o co nam chodzi
-Tak, apartament czeka na państwa. Poproszę jeden dowód osobisty, a druga osoba może iść na gorę, jeżeli macie państwo taką ochotę
-W porządku, ja pójdę, zaniosę nasze torby przy okazji - powiedział Grześ
-Ok, będę za 5min - szepnęłam do niego i posłałam mu buziaka
-W takim razie, melduję państwa i nie zabieram czasu
Kobieta sprawnie wprowadziła dane do zeszytu, oddała dowód, powiadomiła gdzie dzwonić w razie pytań i potrzeby i życzyła miłego wypoczynku.
-Dziękuję.-odrzekłam i czym prędzej poszłam na gorę

Pensjonat był niezwykle urokliwy. Od samego wejścia do wynajmowanych pokoi. Wszędzie panowała taka atmosfera jak w recepcji. Krótko mówiąc miło, ciepło i urokliwie.
Gdy weszłam do pokoju, Grześ siedział na podłodze koło kominka, który był już rozpalony. Patrzył przez ogromne półokrągłe okno na Tarnicę. Zbliżał się zmrok i wszystko nabierało jeszcze większego nastroju.
-Kochanie… - wyszeptał - chodź…
Siadłam koło niego, wtuliłam się w jego szerokie ramiona i patrzyliśmy w tym samym kierunku…
Taki klimat wprawia nie tylko w nostalgię, ale jeszcze w romantyczny nastrój pełny gorącego uczucia. Nie owijając w bawełnę, Grześ wziął mnie na ręce i zaniósł do wielkiego łoża małżeńskiego, które stało zalewie 2 metry dalej. Było idealne ustawione, aby móc kochać się z cudownymi widokami w tle.
Nie mówiliśmy nic, każde rozumiało drugie bez słów i doskonale wiedzieliśmy, że nawet jedno wypowiedziane słowo w tym momencie zburzyłoby klimat jaki panuje w tym magicznym miejscu.
Pozwoliłam Grzesiowi powoli i delikatnie rozpocząć chwilę, na którą nie mamy zbyt wiele czasu ani takiego klimatu w domowym zaciszu.

Mój ukochany położył mnie na łóżku, zdjął swoją koszulkę i nachylając się nade mną zaczął mnie namiętnie całować. Trwało to długo, a jego pocałunki były ciepłe i zmysłowe. Było mi cudownie, czułam jak narasta we mnie euforia i mam ochotę na tego mężczyznę, który tak cudownie stara się żeby było mi jak najlepiej.
Po chwili zaczął rozpinać moją koszulę, guzik po guziczku… nie mogłam przestać się uśmiechać w duchu, tak bardzo było mi dobrze… Dalej nie robiłam nic, bo czułam, że to Grzegorz dzisiaj przejmie ster.
Za chwilę moja koszula poleciała na podłogę, a Grzegorz nie zdejmując ze mnie seksownego biustonosza całował moją szyję, brzuch i dość obfite piersi, które wystawały spod bielizny.
Dalej nie mówiliśmy nic, ta chwila była nasza… bez słów.
Nie mogłam doczekać się dalszego ciągu, czułam jak bardzo jestem rozpalona między nogami, czułam gorące pulsowanie, czekałam na więcej i więcej!
Grzegorz powoli posuwał się głową w dół mojego ciała. Całował mój brzuch, i dawał mi do zrozumienia, że kocha moje ciało takie jakim jest. Nawet jak miałam te kilka kilogramów więcej na sobie niż powinnam. Dla niego byłam ideałem i tak się dzięki niemu czułam w tym momencie. Grześ ze swoimi pieszczotami przesuwał się coraz dalej. Pomalutku zjeżdżał ustami w dół… dotarł na podbrzusze. Ten punkt erogenny wzbudza we mnie niewiarygodne podniecenie. Po cichu jęknęłam, chciałam nadal więcej!

W końcu poczułam delikatne dłonie mojego partnera przy rozporku dżinsów. Jak zawsze z gracją, rozpiął je i zsunął z moich nóg. Poczułam, że jest mi tak dobrze, że zaraz odjadę zupełnie.
Gładził moje ciało, moje uda, wędrował palcem po seksownych koronkowych majtkach, a ja mruczałam. Jego dłonie były ciepłe i delikatne. Wykorzystując moment mojej euforii Grzegorz  sprytnie włożył dwa palce w moją mokrą dziurkę i poczułam jak zalewa mnie wulkan rozkoszy. Idealnymi ruchami, nie za szybko ale nie za wolno wkładał i wyjmował swoje niegrzeczne palce, a ja jęczałam. Miałam wrażenie, że moje jęki przenikają przez ściany, ale wcale nie słyszałam swojego głosu. Był kompletnie stłumiony w mojej głowie od podniecenia. Było po prostu idealnie. Grześ dalej swoimi palcami penetrował moją wilgotną muszelkę, a ja poczułam jego mokry i zwinny język na wzgórku. W ciągu jednej sekundy zupełnie straciłam panowanie nad sobą i zaczęłam jęczeć jak opętana. Grzegorz trzymał mnie mocno, żebym była tylko jego w tym momencie, a ja czułam jak robi mi najwspanialszą minetkę na świecie. Jego język i palce szalały po mojej muszelce, a ja czułam jak moja łechtaczka pulsuje gorącymi emocjami i  jak bardzo jest mi dobrze.
Dalej nie wypowiedzieliśmy ani jednego słowa.
Skłoniłam Grzesia gestem, abyśmy obrócili się w pozycję 69. Grześ zdjął spodnie i położył się na łóżku. Kiedy znalazłam się nad nim zobaczyłam, że jego bokserki są mokre. Idealny moment aby  to wykorzystać.
Zdjęłam z niego bieliznę. Jego penis był doskonale sztywny, w dodatku cały już mokry od podniecenia. Wiedziałam że pragnie tylko jednego…
Nie zastanawiając się nad niczym wzięłam penisa mojego partnera głęboko do ust. Poczułam, że Grześ na chwilę przerywa swoją pracę naprężając mięśnie ud i pachwin. Zawsze tak robił kiedy było mu naprawdę dobrze. Ja cały czas robiłam mu perfekcyjnego loda, a Grześ odwdzięczał mi się najlepszą minetą, wciąż bawiąc się moja mokrą muszelką.
Mając usta zapchane wielkim kutasem mojego ukochanego mruczałam niczym prostytutka mająca usta zapchane kneblem.

Nasz seks francuski trwał długo. Było namiętnie ale i z ostrą nutką. Kochałam mojego partnera również za to, że potrafi odczytać moje uczucia w łóżku. Potrzebowałam takiej chwili odprężenia bez wyrażania słów, a Grześ mi to dał.
Również wiedziałam, że on z natury jest wybuchowy i wulgarny, ale kiedy przyjdzie moment nostalgii i wspólnie spędzonych chwil, staje się delikatny i pragnie dużo miłości.
Jednym słowem uzupełnialiśmy się pod każdym względem. Nawet pod tym, że poczułam, że za moment dojdę i w tym samym momencie w moich ustach zaczął się powiększać kutas Grzesia dając znak że  finał już blisko.
Zaczęłam mruczeć jak furiat, było mi dobrze, czułam, że wylewa się ze mnie litrami śluz i całe  to podniecenie. Grzesiek sapał i robił mi dalej nieziemską minetę. Jego palce dalej były głęboko we mnie, a język lizał wszystko to, na co idealnie reaguje moje ciało.
Zaczęłam wkładać penisa coraz głębiej, zauważyłam, że włożę go całego i jest mi z tym naprawdę dobrze. Kutas dalej był bardziej sztywny i wiedziałam, że lada chwila strzeli we mnie białą cieczą. Chciałam tego dzisiaj jak nigdy przedtem.
„Strzelaj, strzelaj, proszę oblej mnie całą spermą, chcę ją mieć wszędzie!” - krzyczałam sama do siebie w duchu.
I nagle stało się, poczułam w ustach gorący strzał spermy. Wiłam się, prosząc o więcej. Kutas Grzesia spełniał moje zachcianki i dalej napełniał moje usta białym płynem. Wyjęłam penisa z ust trafiając ostatnimi strzałami na szyję i piersi.
„Tak! Taaaak!”-krzyczałam nadal do siebie w myślach
Zaczęłam oblizywać mokrego od spermy penisa i poczułam, że też dochodzę. Rzucałam się po całym łóżku pragnąc mieć wielkiego kutasa w ustach.
Ta chwila była cudowna, jedyna w swoim rodzaju. Taki seks mogłabym mieć codziennie. Chciałam krzyczeć z radości, śmiać się i wyznawać Grześkowi miłość, ale dalej nie mówiliśmy nic. Ta magiczna chwila trwała… W ciszy.

Po 10 minutach pocałowałam Grzesia w goły tors i poszłam do łazienki.
Weszłam pod prysznic i zauważyłam, że jakimś cudem są tam wszystkie moje kosmetyki.
KIEDY ON TO ZROBIŁ?? Może w pakowaniu nie jest dobry, ale rozpakowuje się w zaskakującym tempie.
Prysznic był długi, polewałam się ciepłą i zimną wodą na zmianę, wciąż żyjąc wrażeniami sprzed 15 minut…
Mój ukochany stał w progu łazienki patrząc jak polewam się wodą i namiętnie dotykam ciała. Widać było w jego oczach, że ciągle jest zauroczony moim widokiem i przeżywa te cudowne momenty, które niedawno przeżyliśmy. Popatrzyliśmy przez chwilę prosto w swoje oczy. Dalej nie wypowiedzieliśmy żadnego słowa.

Ostatnie, które padły w tym pokoju brzmiały „Kochanie… chodź.” 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli opowiadanie przypadło ci do gustu - napisz. Gdy mam pewność, że ludziom podoba się to, co robię, dostaję niesamowitą dawkę motywacji do dalszej pracy i pisania.

Jeśli opowiadanie ci się nie podobało - również napisz. Konstruktywna krytyka jest często lepsza niż pochwały, dlatego również ją doceniam. W dodatku jeśli wytkniesz mi błędy - będę mógł je dostrzec i poprawić w następnych opowiadaniach.

Pozdrawiam i zachęcam do komentowania! - Incognito.